Posted by: messerhani on: 18/06/2009
dziś znów blogaskowo bo nie mam za bardzo ostatnio weny twórczej. otóż informuję was krótko że od dziś (z racji mojego wielkiego podjarania się tym, że jadę na open’era) zamiast blogować o moich pedalskich przeżyciach, codziennie będę ustawiał sobie opis na GG opisujący moje uczucia. im mniej miejsca tym lepiej
hani
Posted by: messerhani on: 15/06/2009
przepraszam za bezczelną autoreklamę
ale oba moje albumy są już dostępne na Jamendo pod adresem http://www.jamendo.com/pl/artist/Sounds_like_Johnny_Depp
Posted by: messerhani on: 04/06/2009
zanim zacznę, przedstawię się wam. jestem Bartek Urban i mieszkam w Warszawie, oto moje zdjęcie:

eta ja
skoro już się znamy, to nie jestem anonimowy. moje internetowe jestestwo nabrało wymiaru rzeczywistego. a więc mogę przejść do rzeczy.
chodzi oczywiście o nowy wyczyn “rapera” Meza. znamy go i kochamy. ale od paru dni kochamy go jeszcze bardziej, ponieważ na super-prestiżowym konkursie premier w Opolu wystąpi z Kasią Skrzynecką z ich super hitem, super hitem, super hitem i jeszcze raz super hitem (do kupienia w sklepach peweksu) – “Opluj.pl“
i skoro nie jestem już anonimowy, to zgodnie z logiką Meza i spółki mam już prawo was zjechać po całości – i taki mam plan. zanim przejdę do meritum, powiem że technicznie ta piosenka jest żałosna pod względem wokalu, cudaczna lirycznie i płaska dźwiękowo – stuprocentowe dno hiphopolo. naprawdę jeszcze wierzysz, drogi Mezo, że tworzysz rap czy też hip-hop? nigga, please. może nie jestem ekspertem, ale umiem rozpoznać chałę.
ale co ważniejsze, sam stałeś się, kochany, ofiarą własnego pomysłu na protest song przeciwko Bogu ducha winnym internautom. “rapujesz” (o zgrozo) o tym, jak to kładziesz lachę na wszystkich anonimowych blogerów i na wszystkie portaliki-sriki typu Pudelek, bo po was cisną – gdybyś kładł na to lachę, to byś nie pisał o tym przeboju do Opola. poza tym, skoro się sprzedałeś (Opole! Jezu Chryste i stu milicjantów!), to licz się z tym, że jako część machiny taniego szołbiznesu będziesz przepuszczany przez magiel zgryźliwych internautów i małomiasteczkowego plotkarstwa pokroju Kozaczka – a licz się z tym po dwukroć, bo twoje drogi przecięły się z ulubienicą szmatławców, Kasią Skrzynecką. oboje myśleliście sobie pewnie, że zrobicie fajny numer, który zamknie mordy wszystkim “zawistnym”? chujnia. wytykacie im to, że internetowa anonimowość ręce im rozbujała – a tu proszę, jestem już nieanonimowy, znacie mnie z imienia, nazwiska, ryj mój widzieliście, jestem mało anonimowy, na prywatne życzenie adres podam – i nadal uważam, że robicie laskę. to strasznie żałosny kawałek, poza tym – od kiedy równanie pseudoraper+kasia skrzynecka+opole=hiphop jest prawdziwe? nigga, please po raz drugi.
zastanówcie się, czemu was zjeżdżają, i czy robią to tylko dlatego, że skoro nikt nie wie, kim są, to robią to po prostu z możliwości.
Posted by: messerhani on: 01/06/2009
niełatwo było, serio. ten film naprawdę miażdży mózg.

dobra schiza, co nie?
ciężko mi zacząć, bo przy takim filmie jak Antychryst Larsa von Triera trudno uchwycić się jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który rozpoczynałby potok słów, opisujących film – tu jednak słowa tracą znaczenie, bo ten film to zdecydowana przewaga obrazu nad słowem.
zacznijmy od fabuły – film ten przedstawia historię terapii, jakiej na swojej żonie (Charlotte Gainsbourg, laury w Cannes ‘09 za rolę kobiecą) dokonuje bardzo ważny i poważany pan psycholog (Willem Dafoe) po tym, jak ich dwuletni synek wypada przez okno, gdy oni uprawiają seks (co zostało pokazane w będącym swego rodzaju poetyką obrazu prologu). gdy On dowiaduje się, że Jej największe przerażenie budzi las Eden, w którym przebywała z synem podczas poprzednich wakacji, postanawia Ją tam zabrać, by skonfrontować ją ze strachem, co może mieć kluczowe znaczenie dla terapii, zważywszy na to, że stan Jej psychiki się pogarsza. początkowo terapia zdaje się przynosić skutki (choć Ona nadal ma ataki paniki i od czasu do czasu… kompulsywnie gwałci [sic!] męża), jednak z czasem okazuje się, że i On, i Ona zmierzają ku autodestrukcji, gdy na jaw wychodzi Jej największa obsesja…
w połowie filmu rzeczywiście można odnieść wrażenie, że jest to film o Szatanie. Ona czuje oddech Diabła, ziemia pod jej nogami zdaje się płonąć, podczas gdy On ma satanistyczne wizje objawiające się a) sarenką z wystającym z niej martwym płodem ; b) auto-kanibalistycznym lisem, który oznajmia Mu, że “króluje chaos” ; c) Krukiem dręczycielem małych ptaszków. brzmi to banalnie, jednak ma przerażający efekt, choć potem coraz mniej widzimy w tym wszystkim Szatana, a więcej rzeczywistego obłędu, prowadzącego do niezwykle efektownej tragedii.
tragedia ta opisywana była wielokrotnie przez media, jednak jeśli ktoś nie czytał jeszcze nic na ten temat, a ma zamiar wybrać się do kina, to spoilować nie będę. szczególnie, że końcowe sceny filmu szokują swoją wyjątkową drastycznością i dosłownością, jak i trącą wyjątkowo złowieszczymi dewiacjami seksualnymi. ale o tym sza.
von Trier jeszcze w swojej karierze nie zrobił filmu, który nie wywowałby kontrowersji. widać, że wraz z ogromną wyobraźnią u tego pana w parze idzie również niesamowite szaleństwo, w skrócie – widać, że von Trier to człowiek chory umysłowo – lecz nie przeczę, że to geniusz. każdy jego film to małe arcydzieło, błogosławiące króla kina – obraz. okno na świat poprzez ekran. także i w Antychryście reżyseria i zdjęcia (te drugie autorstwa nagrodzonego Oscarem na film Slumdog Anthony’ego Doda Mantle’a) to iście jubilerska robota, wykonane z niewyobrażalnie wielką precyzją i namaszczeniem, co u von Triera zawsze jest najważniejsze. jeszcze pozostając na chwile przy technikaliach filmu, kreacje aktorskie duetu Gainsbourg + Dafoe to rzecz najwyższej próby, oraz dowód niewyobrażalnej odwagi, której wymagały te role.
jednak pozostaje pytanie o symbolikę tego filmu, która ponoć jest tu najważniejsza – co tak naprawdę von Trier chciał przekazać w tym filmie? jego treść można odczytywać wielorako – można widzieć w tym walkę Jezusa z Szatanem, można również widzieć w tym odwieczną rywalizację płci. może to być również głębokie, psychologiczne spojrzenie na czysty obłęd – opowieść o zwyczajnym szaleństwie, które napędziło całą tą okrutną i bolesną historię. idąc jeszcze dalej, można zmieszać to wszystko razem – i ku tej wersji się przychylam – że Ona tu jest symbolem i ucieleśnieniem wszelkiego zła, tytułowym Antychrystem, podczas gdy On ma za zadanie zło to zwyciężyć. wymienionych wcześniej Trzech Żebraków (sarna, lis, kruk) widzimy jako zwiastunów tragedii – cytując Jej słowa “gdy przybędzie Trzech Żebraków, ktoś musi zginąć”. wszystkie symbole i wszystkie elementy układanki, jaką stanowi ten film, mieszają się, jakby bawiąc się ze sobą nawzajem – czy motyw kobietobójstwa (niezbyt trafnie przetłumaczonym w polskich kinach jako ludobójstwo) obecny w Jej życiu pchnął ją do szaleństwa? czy to siły Złego sprawiły, że sprawy się tak potoczyły? co tak naprawdę wydarzyło się w małym domku w lesie Eden i dlaczego? von Trier pozostawił interpretację tych zagadnień każdemu z osobna – i chyba to wywołało największe kontrowersje.
pozostawiając metafizykę i symbole w tym filmie, nie należy zapominać, że jest to również po prostu “czysty gatunkowo horror”, jak go określił sam reżyser. i nie ma tu trafniejszego określenia na rodzaj tego filmu. można się spierać, czy to dramat czy thriller psychologiczny – ten film naprawdę porządnie straszy. jednak jeśli oczekujecie horrorowej papki w stylu Piły, Wzgórza Mają Oczy czy dowolnego wytworu horroropodobnego wprost z Box Office, to poczujecie się zawiedzeni. ten film nie będzie straszył was potworami wyskakującymi zza każdego rogu ani wizerunkami opętanych dziewczynek wyłażących z telewizora. ten film straszy jak prawdziwy horror, pozostawiając na długo po seansie niepokój i strach. takie horrory są najlepsze.
czytałem wiele opinii mówiących, że polska widownia reaguje na ten film szyderczym śmiechem. to jedynie sygnał niezrozumienia filmu. ignorujcie to, jeśli doświadczycie tego na sali kinowej.
ocena końcowa: 9.0/10
Posted by: messerhani on: 31/05/2009
dziś rano zrozumiałem, że strumień świadomości prowadzi mnie donikąd.
nie chcę dłużej wypruwać sobie flaków na oczach wszystkich, bo to pogłębia moją depresję. od dzisiaj numery litery nie będa wizualizacją żalu, bo to bezproduktywne i męczące.
gdzie pójdą numery litery? nie wiem. prawdopodobnie będę tu po prostu urządzał sobie blogowanie, bo mój stary blog się mi kompletnie znudził.
na dniach podejmę decyzję, co zrobić.